rodos

Pokolenie RODOS – doceniać, niedocenione.


Doceniać, niedocenione.

Kto by pomyślał, że kiedyś zatęsknię za działką. Pamiętam, że z naszego szarego blokowiska na działkę koło lotniska można było dostać się z dwiema przesiadkami. Pamiętam, jak babcia pakowała świeże bułki a do tego konserwy albo pasztety…
– a ogórki ?!
– a ogórki, jak sobie zerwiesz w szklarni, to będziesz miała.
I zaczynała się wyprawa na RODOS.
Babcia pakowała torby, wciskając nam w małe różowe plecaczki różne drobiazgi. Na działkę jechało się względnie krótko, ale stare Jelcze dodawały wrażeń każdej takiej podróży. Szczególnie małym dzieciom nie było do śmiechu, gdy nie mogły usiąść, bo przecież USTĄP STARSZYM DO CHOLERY, a potem latały na tyłach Jelcza w tą i we tą, o mały włos nie tracąc mlecznych zębów.
Jeszcze z autobusu dreptało się spory kawałek. Wtedy babcia tłumaczyła, że nasz domek jest najpiękniejszy, a u tych dziadów taki stary, mogliby odmalować. A u tych po prawej, to trawnik nieskoszony. A ci na końcu, to naprawdę syf, kiła i mogiła.
RODOS
A jak już dotarło się na tę działkę, to hamak ratował zmęczone małe plecki i nóżki. Babcia wrzucała na siebie robocze ciuchy i leciała z tą haczką. Ja się nie znam, domu z ogrodem jeszcze nie mam, ale naprawdę pamiętam to tak, że każde groźne ogrodnicze narzędzie nazywało się haczką. Przed samym wejściem do domku był taki schowek na te wszystkie haczki i tam wchodzić nie było wolno. Dzieciom. Jak w późniejszych latach nikt mi nie zwrócił uwagi, że czegoś tam szukam – autentycznie poczułam się staro, chyba pierwszy raz w życiu.
Beztroska pozwalała na wymyślanie genialnych patentów na zabawy. Ktoś powinien obserwować małe dzieci i ich niczym nieskażoną i nieograniczoną wyobraźnię czyli w dorosłym życiu kreatywność (bo fantazja, fantazja jest od tego….)
Takie wakacje dla małego mieszczucha były niesamowite w swojej prostocie. Raz panowało cudowne dopasowanie i harmonia. Robaki nie wydawały się takie obrzydliwe, rów za płotem nie na tyle głęboki żeby się go bać, handmade grill dziadka choć wielki i gorący dawał najlepsze kiełbaski na naszej części Rodosów. Bywały jednak gorsze chwile, gdy koszenie trawy powodowało palpitacje serca, zadyszkę jak u palącego fajki dziadka, a to tylko alergia. Gdy na wrotkach nadziewało się na wystające w płocie druty, co dzisiaj z sentymentem przypomina blizna na brzuchu.
rodos
Ten, kto wychowywał się na wsi nigdy nie zrozumie, jakim rarytasem były RODOS. Jak to się stało, że nagle działka zrobiła się upierdliwym obowiązkiem. Zachciało nam się Egiptów. Przyzwyczailiśmy się do tanich luksusów, a historia zatoczyła koło i znowu nie mamy gdzie pojechać żeby tak po ludzku odpocząć. Bo do Egiptu można było latać i 3 razy do roku i nikt się nie czepiał. A do Tajlandii to już ciężko. Z resztą nawet do Chorwacji nie kalkuluje się jechać na tydzień, bo za daleko.
To tylko potwierdza, że od zawsze byliśmy leniwym narodem. Wszelkie patenty ułatwiające życie sprzedają się u nas jak ciepłe bułeczki. Może jeszcze niektórzy udają, że z tą teorią się nie zgadzają i sami szorują podłogi, gdy u sąsiadów bezszelestnie robi to tańczący latynoamerykańskie tańce robot.
rodos
Tak by się wróciło na Rodos, odpaliło bąbelki przy owijaniu młodych ziemniaczków w folię. Miałoby się nieograniczony dostęp do wszystkiego, co niedocenione w dzieciństwie, w dorosłości nabywa nieocenione wartości.
Ten, kto wychowywał się na wsi nigdy nie zrozumie, jakim rarytasem były świeże warzywa wykopane na działce, a potem pysznie spożywane w mieszkaniu na blokowisku.

Doceniać, niedocenione.

Kto by pomyślał, że kiedyś zatęsknię za czymś tak prostym i przyziemnym… jak kawałek ziemi i haczka.
, , , , , , , , , , , , , , , ,